Ciekawe doświadczenie, żyć w strachu, czyż nie? Tak właśnie czuje się niewolnik.

Jest późna noc, wszystko dookoła już śpi oprócz moich myśli. Od kilku dni mojego Facebooka zasypywały recenzje jednego z hitów kinowych, czyli Blade Runner 2049, który nie schodzi z ust krytyków i koneserów dobrego kina. Doszłam do wniosku, że można poświęcić jeden wieczór i tak po prostu pójść i zobaczyć. Zrobiłam to i nie żałuję.

Dlaczego wybrałam taki, a nie inny tytuł?

Słowa Roya: „Ciekawe doświadczenie, żyć w strachu, czyż nie? Tak właśnie czuje się niewolnik.” doskonale opisują moje obecne emocje. Strach, intryga, inne spojrzenie na realia i kierunek świata. Ktoś powie, że wdaje się w nocne filozofie. Zgadzam się, ale niestety dziś każdy z nas jest niewolnikiem, nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy i myśli, że to kolejne „głupie gadanie”. Dziś jednak nie chce pisać o niewolnictwie, tym co nas trzyma i śledzi, a o mojej przygodzie z Blade Runner. Z góry przeproszę za spojlery, ale… inaczej się nie da!

Zaczęło się w 82

Nie pamiętam na czyim profilu, ale przeczytałam, że nie ma co iść na Blade Runnera 2049 jeśli nie zna się Łowcy Androidów w swojej kultowej i ponadczasowej odsłonie. Lata 80 XX wieku były dla kinematografii czasem przełomowym. Wiele powstałych wtedy hitów nadal cieszy się niesamowitą popularnością. Pierwowzór (o ile mogę tak to nazwać) możemy śmiało dopisać do tej listy.

Zdecydowałam się i weekend poświęciłam na oglądanie. Mnie oczarował, zainspirował i trudno było mi uwierzyć, że wersja, którą oglądam ma już 35 lat! Efekty, muzyka i fabuła bardzo dobrze ze sobą ze scalone dawały obraz na miarę XXI wieku. A przypominam, że powstał w latach osiemdziesiątych.

Wtedy ludzie wyobrażali sobie świat, który czekał ich po przekroczeniu XXI wieku – latające statki, ludzie roboty i technologia przyszłości. Dziś tak naprawdę to nie wygląda, jednak koncepcja jest bardzo inspirująca. Kto wie jak będzie za 30 lat?

Widziałem rzeczy, którym wy ludzie nie dalibyście wiary. Statki szturmowe w ogniu sunące ku ramionom Oriona. Oglądałem promienie laserów błyszczące w ciemnościach blisko wrót Tannhausera. Wszystkie te chwile znikną w czasie jak łzy w deszczu. Czas umierać.

Chyba najlepiej zobaczyć samodzielnie na początek Triler, później film i dopiero iść do kina.

Do tego młody Harrison Ford jest dla mnie pewnym wyznacznikiem kina bardzo mi dalekiego, a jednocześnie bliskiego. Takiego go pamiętam z filmów, które oglądał mój tata. W nowej odsłonie – to już całkiem inny rodzaj aktorstwa. Wiek pokazał swoje, a wkomponowanie Ricka Deckarda w rok 2049 dla mnie było fenomenalnym posunięciem. Tym bardziej, że w roli pojawia się w pełni oryginalny aktor.

W pędzie świata

Muzyka, deszczowa kraina niczym z mangi, do tego cały tajemniczy klimat – to wszystko pokazuje szybki postęp i przyśpieszający świat. Na telebimach zajmujących całe wieżowce tysiące reklam, wśród nich Coca-cola, która dla Polaków w latach 80-siątych była produktem niedomyślenia, który częściej oglądało się zza witryny jak eksponat, a dziś przez wielu traktowana jest niczym woda.  Tak, w nowej wersji także znajdziemy to lokowanie produktu niczym w oryginale. Dziś jednak nie robi na nikim takiego wrażenia.

Szkoda, że nie dane jest jej żyć! Choć z drugiej strony, komu jest to dane?!

Życie – piękny cud, jednak co się stanie jeśli wymknie się spod kontroli i zastąpimy je robotami? Czy „Nexusy” będą lepsze od nas? Doskonalsze? Ta wizja świata niesamowicie przyprawia o dreszcze.

Po 35 latach

Tyle napisałam już o pierwszej części, więc czas przejść do sedna. Nowa wersja jest zdecydowanie barwniejsza, lepiej skomponowana, efekty robią naprawdę bardzo dobre wrażenie. Do tego muzyka pełna grozy, a jednocześnie zastanowienia i zatrzymania się. Mimo, że film trwa blisko 3 godziny, totalnie tego nie odczułam, a przyznam, że mam jeszcze mały niedosyt, dlatego po cichu liczę na kontynuację.

Świat przedstawiony momentami wygląda jak kalka tego z 82 roku, ale jednak, gdzieś tam mocno można odczuć minimalizm na jaki postawił scenograf. Proste bryły, wręcz banalne dają obraz surowości. Tak, to świat bez roślin, zbędnych udziwnień i przesadzonych dodatków. Jedna roślina, która wniosła w kilka sekund wiele koloru po woli staje się szara. tak jak cały świat. Cyber zniszczenie – tak można nazwać przedstawiony obraz. Niczym w serwerowni, między kolejnymi rzędami. Momentami przebija się nasz świat, ale jest jakby za mgłą, smutny i wyjałowiony. Taki staje się świat – pozbywa się naturalności, zalewa betonem i technologią. Oddziałuje to mocno na emocje oglądającego pokazując co postęp i pęd robi z człowiekiem. Pewna obojętność wprawia momentami w nastrój samotności. Łatwo tu znaleźć bohatera do siebie i „zaprzyjaźnić się” na ekranie.

Z drugiej strony obraz zniszczeń, momentami post apokaliptyczna scenografia i muzyka dla mnie tworzyły typowy steampunkowy klimat, który bardzo lubię. Czy dalej postępowałą fabuła tym więcej emocji można było odkrywać w scenach. Moment zmiany w żółto-pomarańczową część krainy dla mnie był chwilą postanowienia, że na jednym oglądaniu się nie skończy. Ta sceneria, tak niesamowicie odwzorowała to, co czuł bohater, że momentami odczuwałam ciarki. 

Spotkanie bohaterów młodego oficera i słynnego łowcy, który zaginął 30 lat wcześniej zostało ubrane w klimat rodem z filmów lat 80 i 90. Totalne złamanie kanonu apokalipsy na ziemi zastąpiły emocje – których w filmie przecież nie brakuje. Tu powinnam wrzucić ogromny spojler, ale postanowiłam się powstrzymać przechodząc po woli do podsumowania.

W jakich czasach przyjdzie żyć?

Czasy robotów, zmian genetycznych, tworzenie „człowieka” idealnego pokazuje zagrożenia jakie czekają w czasie zbyt wielkiej chęci zmiany świata. Wartości takie jak miłość, rodzina, przyjaźń w czasach technologii mogą być tylko wirtualną odskocznią od szarości. Ani bohater, ani nikt inny nie doświadczał miłości romantycznej. Technologia bowiem zabiła w ludziach pewną dawkę zobojętnienia. To już się dzieje i wcale nie musimy być w Kalifornii z 2049. Co będzie dalej?

Niewolnicy reklam

Nie zabrakło lokowań produktów, które są w dzisiejszych czasach standardem wszystkiego. Tu zostały subtelnie i nie wyzywające skomponowane.

Whisky z przyszłości

Prawdziwi replikanci piją nie byle jakie trunki, a limitowanego Johnnie Walker’s Black Label Director Cut. Geometryczna butelka niczym nowe miasta z przyszłości idealnie wkomponowała się w przestrzenie pokazane w filmie. Nic dziwnego, że wiele osób mogło jej totalnie nie zauważyć. Co ciekawe, Łowca w wersji z lat osiemdziesiątych także popijał tą samą whisky. Przyznam, że dopóki nie przeczytałam wypowiedzi  Denisa Villeneuve.

„Podobnie jak wielu fanów, pamiętam butelkę Johna Walkera z pierwszego filmu, więc to niepowtarzalny przywilej współpracy z Johnnie Walkerem w sprawie zaprojektowania zupełnie oryginalnej, niestandardowej butelki do nowego filmu”.

Villeneuve twierdzi, że prawdziwi fani będą pić tę whisky i rozkoszować się prawdziwą miłością. Czy to małe nawiązanie do zaniku emocji w przyszłości?

Butelka jak widać to nie tylko powszechnie stosowany product placement, ale przede wszystkim wyraz artyzmu i przejęcia. Powyżej zamieściłam kreację reklamową nowej butelki, a kolejna grafika to ta, która powstałą w latach 80-siątych i przemycona tajniacko do filmu.

Niestety nie udało mi się odnaleźć informacji, czy w Polsce też takowa pojawi się na sprzedaż oraz ile takie cudo w polskiej walucie może kosztować prawdziwych koneserów wh… znaczy filmów! Według Forbasa:

W całej globalnej alokacji jest tylko 39 000 butelek Dyrektora Cut, z których 27,600 trafia do Stanów Zjednoczonych w zaledwie 15 stanach.

Nic dziwnego, bo jednak zawiera ponad 30 słodów i ziaren whisky z najbardziej znanych gorzelni na świecie i nietypowe, bo 49% objętości alkoholu.

Latający Peugeot – czy Francuzi już to opatentowali? 

Dtektyw K  poruszał się nowym i całkiem ciekawym pojazdem wykonany przez nieoczekiwaną markę: Peugeot. Pojazd Francuzów pojawił się nawet w jednym ze zwiastunów filmu, a sama konstrukcja zadebiutowała w ciągu ostatnich 6 lat w teatrach w Brazylii.

Wprowadzenie tego nietypowego produktu stworzonego przez koncern Peugeot-Citroën było jednym z najbardziej dyskretnych lokowań produktów w historii filmu. Tylko kilka replik pojazdu nosiło nazwę Peugeot, jak pokazano na kilku kadrach w filmie, reszta została wytworzona na potrzeby Comic-Con w lipcu 2017 w San Diego w Kalifornii.

Co ciekawe,  pojazd z lat osiemdziesiątych w  przeciwieństwie do obecnych prototypów, prawie wszystkich wyposażonych były w śruby napędowe lub silniki odrzutowe, pojazd filmowy współpracowałby z mechanizmem antygrawitacyjnym. Kto wie, może już niedługo francuski koncern wypuści to cudo na świat? To dopiero byłaby rewolucja!

Coca-Cola – enjoy

Tu nie ma co dużo mówić – prawdziwe głośne ulice nie mogą pojawiać się bez reklam. Zarówno jak w pierwszej jak i drugiej części Coca-cola jest ważnym wyznacznikiem popkultury. Kiedyś przekazana tak:

Dziś nawet reklama wyszła poza format 2D, stając się przestrzenną figurą, a jednocześnie wizualizacją.

Moim skromnym zdaniem – strzał w dziesiątkę, bo jednak są osoby, które te elementy zapamiętają i będą budzić określone grupy emocji. Nikt nie wie, ile osób spotkało się w kinie, a zaraz po nim otworzyli colę.

Na zakończenie… 

Dla mnie to zdecydowanie jest świetne dzieło kina. Piękne ujęcia, postapokaliptyczny klimat, budząca grozę muzyka… Mnie zaczarowało. Czegoś mi brakowało, dlatego nie ocenię tego filmu 10/10, ale mocna 9 wpada na konto nowego Blade Runnera. Niestety, zmartwiły mnie głosy osób wychodzących z kina – „straszna lipa”, „dobrze się spało” – te osoby zdecydowanie nie mają pojęcia o oryginale. Brak pewnych kontekstów zdecydowanie może prowadzić pewien dysponent, a momentami niesmak, jednak przy znajomości podstawy, film ogląda się fenomenalnie. Do tego odświeżone „retrospekcje” poszczególnych scen i wkomponowanie ich w obecny daje bardzo dobre poczucie ponadczasowości i spójności.

Mnie przekonało kilka recenzji, które przeczytałam i świadomość, że występuje w nim dwóch moich ulubionych aktorów – Robin Wrigh (znana z roli Clair w House of Cards) t i Jared Leto (wokalista zespołu 30 seconds to Mars czy roli Jokera w Squid Squad). Rola Roin była moim zdaniem za mała, bardzo dramatyczna i nie zdążyłam nawet stworzyć więzi z jej postacią, a Jared mimo fenomenalnego

Mam zamiar powrócić do tego filmu jeszcze raz. Jeśli nie przekonała Cię moja recenzja, zobacz trailer, a zdecydowanie jutro pójdziesz do kina tak jak ja.

 

No Comments

Leave a Comment